Moda

Moda w czasach PRL

Moda to część kultury, która sporo mówi o sposobie i poziomie życia, dlatego jest także zjawiskiem klasowym.

Mimo, że każdy mówi o niej trochę inaczej i rozumie ją na swój sposób, jedno jest pewne – polska moda może poszczycić się własną, bogatą historią i bez problemu potrafi wyjść z każdego kryzysu. Polki mają odwagę, fantazję i przede wszystkim otwarte umysły, dzięki czemu polska moda nigdy nie była nudna.

Wprawdzie tuż po wojnie ludność skupiła się przede wszystkim na przetrwaniu i nikt na poważnie nie myślał o modzie, to jednak zagraniczne wpływy wywarły znaczącą rolę w ówczesnym stylu ubierania zwłaszcza młodych ludzi. Dzięki pomocy UNRRA do Polski trafiała m.in. odzież – za sprawą wojennych zapasów – głównie w militarnych fasonach. Zatem Marek Hłasko nosił popularną wówczas kurtkę M-43, a Zbyszek Cybulski amerykański płaszcz z podpinką.

Stroje z czasów PRL to w dużej mierze czerpanie z zagranicznych trendów. Naśladownictwo nie było jednak proste, bowiem początkowo zagraniczne żurnale modowe były dostępne tylko dla nielicznych, a wydawane w Polsce czasopisma wyjątkowo skromnie dawkowały zachodnie trendy, publikując głównie odręczne rysunki. Do kraju nieliczni przywozili zagraniczne pisma, a głównym miejscem inspiracji modą zza żelaznej kurtyny były filmy – zwłaszcza francuskie, angielskie i amerykańskie. Wraz z nastaniem nowych władz także i pomoc UNRRA została ograniczona.

W latach 50. kwitła moda bazarowa, a wraz z nią rosła paleta barw noszonych ubrań. Na stałe do historii polskiej mody weszły kolorowe skarpetki Leopolda Tyrmanda, pisarza i publicysty, ikony ówczesnego polskiego świata artystycznego. Wśród monotonii sztywnych garniturów i długich spódnic wyróżniali się jaskrawi bikiniarze. Na zachodzie trendy tworzył wówczas Christian Dior, który na początku lat 50. wyznaczył kierunek na kolejne lata. Stworzony przez niego New Look to elegancki styl, w którym dominowały zwłaszcza zaokrąglone ramiona, mocno zaznaczony biust, wąska talia, długa spódnica oraz wysokie obcasy. Także haute couture, która bardzo ucierpiała w czasach drugiej wojny światowej, a do tej pory uznawana była za ogromny autorytet w świecie mody, powoli odradzała się głównie za sprawą Diora.

Mieliśmy oczywiście rodzimy przemysł odzieżowy, jednak ten – sterowany centralnie, narzucał pewną linię trendów. W 1958 roku założono w Warszawie Modę Polską, a jego szefową została Jadwiga Grabowska. Wprawdzie przedsiębiorstwo zatrudniało projektantów i miało promować aktualne kierunki światowej mody, jednak było głównie „na pokaz”, a ubiory szyło o umiarkowanie modnej linii i prezentowano w pozostałych krajach socjalistycznych. Moda Polska obsługiwała głównie żony wysokich funkcjonariuszy PZPR, a do 60 salonów na terenie całej Polski trafiały tylko nieliczne kreacje owiane mitem wytworności.

Po chaosie lat 50. XX wieku społeczeństwo wkroczyło w lata 60. – nową erę masowej konsumpcji. Ta dynamika rozwoju zauważona została także w modzie. Wśród wynalazków technicznych służących m.in. do eksploracji kosmosu, zaliczały się np. sztuczne włókna, które zawitały również do świata mody. Umożliwiały bowiem produkcję niedrogiej odzieży i w pełni odpowiadały praktycznemu stylowi życia powojennej ery. Chanel w latach 60. na salony wprowadziła „kostium”, który króluje nieprzerwanie do dziś. Stolicą mody jeszcze przez chwilę był Paryż, jednak czuł już mocno na plecach oddech Nowego Jorku oraz Mediolanu i Londynu, które niebawem rozpoczęły wyścig o miano „światowej stolicy mody”.

Większość Polaków w owej dekadzie skazana jednak była na to, co mogła znaleźć na sklepowych półkach, czyli słabej jakości tkaniny, w monotonnych powielonych fasonach. Ogólna bieda i pustki w sklepach przyczyniły się paradoksalnie do rozwoju modowej kreatywności Polaków. Powoli zaczęły się także odradzać małe pracownie krawieckie. Naśladowano w nich wiernie zachodnie modele kopiowane z wykrojów magazynów dostępnych na bazarach. I choć antyamerykańska propaganda nie próżnowała, na ulicach można było zobaczyć modne Polki w kreacjach podobnych do ówczesnej ikony stylu – Jacqueline Kennedy. Moda rozkwitała także na bazarach, na których sprzedawano często znoszoną odzież rodem niemal z lumpeksu, za cenę porównywalną do cen odzieży dobrych zachodnich marek. W głównej mierze ubrania te pochodziły z przysyłanych do Polski zagranicznych paczek. Zgodnie z zasadą, że „co zachodnie to lepsze” nikt nie protestował płacąc astronomiczną kwotę za znoszony podkoszulek amerykańskiej marki.

W lecie wówczas noszono najczęściej białe, błękitne lub kremowe małe sukienki o trapezowym kształcie z lnów i bawełny, jesienią prym wiodły ortalionowe płaszcze, na które modę przywieziono z Włoch, a następnie masowo produkowano w polskich przedsiębiorstwach. Na polskich ulicach pokazała się też mini sięgająca połowy ud, która na dobre zrewolucjonizowała modę. Latem noszona do wysokich koturnów, zimą do botków sięgających kolan, napotkała jednak w Polsce duży opór. Nie akceptowano jej ani w szkołach, ani zakładach pracy, wprowadzono zatem obowiązkowe fartuszki. Równie niechętnie patrzono na spodnie w kobiecej garderobie.

Modny mężczyzna nosił natomiast garnitur a la Beatles, który charakteryzowała krótka marynarka i spodnie biodrówki o rozszerzanych ku dołowi nogawkach. Do tego zakładał białą koszulę, najlepiej z żabotem lub wydłużonym kołnierzykiem i wąskim krawatem.

Mieliśmy też jeszcze jedną rzecz – rajstopy. I choć niezmiennie kojarzyły się z prezentem na Dzień Kobiet warto wiedzieć, że były symbolem … dobrobytu. II wojna światowa w dużej mierze pozbawiła panie luksusu noszenia pończoch i rajstop, bowiem wszystkie zapasy wysyłano do fabryk szyjących spadochrony. Zaradna płeć żeńska z powodzeniem potrafiła czarną kredką do oczu namalować na nodze kreski imitujące szwy z rajstop, a nawet koronki pończoch. Po powrocie na rynek rajstopy na długie lata pozostały już towarem „luksusowym”.

Moda z Europy Zachodniej i Ameryki, niezależnie od zmieniającej się sytuacji politycznej, zataczała coraz szersze kręgi Polaków w różnym wieku i o różnym statusie materialnym. Niebawem na polskim rynku pojawiły się także jeansy. Wprawdzie te oryginalne dostępne były tylko w komisach lub za dolary w Pewexie, Baltonie, jednak na rodzimym rynku próbowano zastąpić je spodniami z tzw. teksasu – materiału, który amerykańską miał tylko nazwę.

Modna Polka poczuła z pewnością ulgę w latach 70., gdy nieco złagodzono dostęp do zachodnich trendów. W kobiecych czasopismach (m.in. „Kobieta i Życie”, „Przekrój”, „Ty i Ja”) można było zobaczyć relacje z paryskich pokazów mody, a na sklepowych półkach pojawiły się ekskluzywne jedwabie i inne tkaniny przywiezione wprost od zachodnich producentów. Niebawem zaczęto dystrybuować także „Burdę”, w której znaleźć można było wykroje modnych zachodnich krojów ubrań.

Niewątpliwie duży wpływ na modę wywarła także odzież sportowa. Rozpoczęty w latach 70. szał na uprawianie gimnastyki sprawił, że trykoty, getry oraz opaski na włosy – dotychczas noszone podczas zajęć sportowych – pojawiły się zarówno na ulicach, jak i w dyskotekach.

Hitem na polskim rynku mody stał się Hoffland, stworzony przez projektantkę Barbarę Hoff, do którego ustawiały się długie kolejki. Już pierwszego dnia wybito szyby w witrynach i konieczna była interwencja milicji. Na stoiskach sklepu umiejscowionego w Domach Towarowych Centrum w Warszawie można było kupić sukienki z kolorowego sztruksu, grubej flaneli i zwiewne sukienki z półprzezroczystych tkanin, a także bluzki z bawełnianej surówki. W Hofflandzie ubierały się także ówczesne gwiazdy, a wśród nich Maryla Rodowicz.

Po wprowadzeniu stanu wojennego dostęp zarówno do tkanin, jak i gotowej odzieży, znów był mocno ograniczony. Ratunkiem stała się używana odzież przysyłana nie tylko z Zachodu. Hitem stały się chińskie trampki, kurtki „pikówki” i T-shirty. Pomimo wprowadzanych nakazów i zakazów władz, których celem było ograniczenie życia towarzyskiego, zaczęły pojawiać się charakterystycznie ubrane grupy młodzieży, licznie powstawały subkultury. Wśród nich punkowcy w czarnych skórzanych kurtkach nabijanych ćwiekami, z irokezami na głowach i spodniami „rurkami”, skinheadzi z ogolonymi głowami i w glanach, metalowcy w ramoneskach i spodniach ze stretchu.

Młodzież, jak to zwykle bywa, napędzała bieg historii. Choć władze PRL dążyły do wychowania młodego pokolenia w komunistycznej ideologii, a życie polskiego nastolatka miało przebiegać według określonych ściśle zasad, to jednak tworząca się liczna grupa młodych ludzi robiła wszystko, by ubierać się i wyglądać jak ich koledzy z Zachodu. Kolorowe, często farbowane domowymi sposobami „na supeł” T-shirty, cięte nożyczkami frędzle i ubieranie „na cebulę” miało przede wszystkim podkreślać odzieżowy luz, który odrzucał wszelkie dotychczasowe kanony elegancji i tzw. odpowiedniego ubrania.

Poczytne w tamtym czasie czasopisma podpowiadały jak przerabiać posiadane już ubrania, a na łamach „Przekroju” Barbara Hoff pisała: „Nie ma żurnali, nie ma materiałów, nie ma nastroju, a my dalej chodzimy modnie ubrani. I tyle”. To stwierdzenie bardzo trafnie podsumowało ówczesny rynek mody. Polacy, chcąc być modnymi, musieli wykazać się pomysłowością i kreatywnością.

Kiedy w 1989 roku runął berliński mur, a w 1991 przestał istnieć Związek Radziecki, moda przekształciła się w wielki przemysł, który zadziwił świat tempem rozprzestrzeniania, zwłaszcza dzięki mediom.

Warto także wspomnieć, że PRL to także czas powstania marek, które na polskim rynku przetrwały do dziś, a wśród nich tacy giganci jak Vistula, Próchnik oraz Wólczanka.

Agnieszka Owczarska, fot. Tadeusz Koniarz/REPORTER//Fot. Hannah Morgan/Unsplash

źródło: 38milionow.pl

Kategoria: Moda

Porozmawiajmy

Ciekawe

Dostrzeżone

tomslo3 poznajswojasylwetke3 afenieladnie2

Inspiracje