Dookoła Ciebie

Feminizm – fakty i mity

O co chodzi z tym feminizmem? Jesteśmy równi czy różni?

Czy feminizm rzeczywiście kończy się, gdy trzeba wnieść lodówkę na 6 piętro? Czy też nie o to w tym wszystkim chodzi?

Feminizm w pigułce

Ostudźmy nagromadzone wokół tego pojęcia emocje i na chłodno przyjrzyjmy się historii tego ruchu. Feminizm to ideologia, na której wyrósł ruch społeczny oraz polityczny. Ewoluował on na przestrzeni wieków, co odzwierciedlają jego 3 „fale”.

„Pierwsza fala” („stara fala”)  - to czasy aktywności angielskich i amerykańskich sufrażystek od II połowy XIX w. do lat 20-tych XX stulecia. Ich głównym celem było uzyskanie przez kobiety praw wyborczych (suffragium – łac. „głos wyborczy”). Postulat ten został spełniony w większości krajów europejskich w latach 20.- 30. XX w. Ówczesne feministki uniezależnienie się od mężczyzn widziały ponadto w prawie do pracy (jako warunek ekonomicznej niezależności kobiety) oraz edukacji dziewczynek (przede wszystkim możliwości nauki na uniwersytetach), która otworzyć miała drzwi do kariery zawodowej kobiet.

„Druga fala” przypada na lata 60.-70. XX w. Trwała zatem dużo krócej niż „pierwsza”. Nie można jednak powiedzieć, aby przez to była mniej „intensywna”. Rozwijała się przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych i niektórych państwach Europy Zachodniej. Ówczesne feministki nie ograniczały się  do relacji kobieta–mężczyzna na rynku pracy, w życiu zawodowym, czy edukacji. Oczywiście „niezałatwione” sprawy w tej materii nadal znajdowały się wśród postulatów walczących kobiet. Jednak wyraźne miejsce zajmują tu takie zagadnienia jak seksualność kobiet i prawo do aborcji. Feministki „drugiej fali” w większości twierdziły, iż warunkiem równouprawnienia jest radykalna przemiana społeczna.

„Trzecia fala” (postfeminizm) – rozwija się od lat 20. XX w. Można chyba zaryzykować stwierdzenie, że do chwili obecnej. Nie miejsce tu na omawianie wszelkich nurtów postfeminizmu, można jednak stwierdzić, iż w dużej mierze budowany jest na niezadowoleniu z osiągniętych (a raczej: nie osiągniętych) rezultatów. Gros feministek twierdzi, iż wciąż nie ma „równości” płci  –  także na rynku pracy oraz ogólnie w życiu społecznym. Pokrewne ideologie to gender (tzw. płeć kulturowa lub społeczna), teoria queer (zgodnie z którą orientacje seksualne nie istnieją obiektywnie, a są wytworem kultury).

Kobiety antyfeministki

Przy tym bardzo wycinkowym ujęciu historii feminizmu warto powiedzieć o jednej ciekawostce. Oponentami tej ideologii nie byli (i nie są) wyłącznie mężczyźni. Ruch ten od samego początku spotykał się także z oporem wśród kobiet. Przeciwwagą dla sufrażystek były antysufrażystki (tak! Kobiety nie chciały głosować! Swoją wolność „realizowały” w domu). Także dokonania „drugiej fali” feminizmu spotkały się z silną reakcją konserwatywną wśród kobiet. Oczywiście, każda zmiana budzi, przynajmniej u niektórych, opór, ale może nie wszystko warto zmieniać?

Feministka czy kobieta?

Nie brak też głosów, że prawdziwy feminizm nie wprowadza niezgody między kobiety i mężczyzn, że polega on na wzajemnej akceptacji, szacunku do różnic. Wiele z nas zapewne zetknęło się z hasłem: „Tak. Jestem feministką. Nie, nie nienawidzę mężczyzn”. Mowa tu o relacjach partnerskich, o równym traktowaniu kobiet w miejscu pracy i w domu. „Umiarkowane” feministki zwracają uwagę na niższy udział kobiet w życiu politycznym, mniejszy odsetek kobiet na ważnych stanowiskach.

To wszystko prawda. Jak jednak szukać rozwiązań takiej sytuacji, nie zważając na jej przyczyny? Czy odpowiedzią na niski udział kobiet w sejmie mają być parytety? Czy o to chodzi? Chcemy, aby kobiety zostały wybrane ze względu na swoje kompetencje, czy mają być w polityce „bo tak i już”?

Nierówności? Owszem, istnieją. Część wynika z biologii, część z rachunku ekonomicznego (np. urlopy rodzicielskie, wychowawcze wciąż jednak należą najczęściej do kobiet). I tu przypomina mi się taka historia: rekrutacja w jednej z organizacji pozarządowych. Osoba przeprowadzająca rozmowy z kandydatami – radykalna feministka – wspomina o jednej odpowiedniej kandydatce. Na moje pytanie, czy zatem ta dziewczyna będzie przyjęta do pracy, usłyszałam: „jasne, a potem zaraz zajdzie w ciążę i co wtedy”? Pracę otrzymał mężczyzna.

Wskazałabym jeszcze na jedną rzecz. Tyle mówimy o tym, aby nie „zamykać” kobiety w domu. Chce „poświęcić” się dzieciom i rodzinie – droga wolna, ale niech ścieżka kariery zawodowej także będzie otwarta, gdy na nią padnie wybór. Zgadzam się, piękna idea. Tylko takie pytanie: ile kobiet stać na wybór opcji: dom? Może jednak ten wybór jest fikcyjny i pracować po prostu trzeba, aby mieć z czego żyć?

Daleko mi od podania rozwiązań tych wszystkich paradoksów. Ale uważam, że ważne, aby je wskazać. Aby rozwiązać problem sięgnąć trzeba do jego przyczyn, a nie skupić się na objawach. Sparafrazowałabym więc przytoczone wyżej powiedzenie: „Nie, nie jestem feministką. Nie, nie chcę zamknąć kobiety w kuchni”. A wracając jeszcze do historii feminizmu, bliżej mi do sufrażystek, które rzeczywiście skupiały się na konkretnych problemach, niż do postfeminizmu. Nie uważam osobiście za wielką zdobycz tego, iż kobiety będącej w rządzie nie określamy „ministrem”, a „ministrą”.

 

Tekst: Klara Sołtan-Kościelecka

Kategoria: Dookoła Ciebie

Porozmawiajmy

Ciekawe

Dostrzeżone

penis dlonierece radosc z brzucha

Inspiracje