W dialogu

Własna cisza

Pogodna dziewczyna. Bardzo skromna, trochę skryta i melancholijna. Na scenie dojrzała artystka, bardzo refleksyjna, ale potrafi to bez problemu połączyć ze świetnym kontaktem z publicznością.

Mimo młodego wieku ma już spory twórczy dorobek na swoim koncie. Sama mówi: „Jest jeszcze tyle piosenek, po które można sięgnąć”. Tymczasem zapowiada się, że już niedługo inni będą śpiewać covery utworów, do których ona napisała słowa. Z Agnieszką Sieńkowską, wokalistką i autorką tekstów w zespole The Fuse, rozmawia Anna Machnowska.

Ciepła barwa głosu, dojrzałe głębokie teksty, kameralne (i nie tylko) koncerty w całej Polsce, a z metryki – zakładam – nie wynika jeszcze trzydziestka. Skąd w tobie, Agnieszko, taka dojrzałość artystyczna?

Faktycznie, jeszcze nie skończyłam trzydziestki, choć zbliża się wielkimi krokami. Dojrzała? Hmm… Nigdy tak o sobie nie myślałam. Tak na co dzień to jestem strasznym dzieciakiem, potwierdzą to wszyscy najbliżsi mi ludzie. No chyba, że będą się bać [śmiech]. W kontekście głosu, muzyki czy tekstów, widzę raczej, jak dużo mi brakuje, ile ciągle musze się nauczyć. Czasem mam wrażenie, że zamiast zbliżać się do swoich celów, jestem na drodze, która ciągle się wydłuża, a przede mną coraz więcej pracy. To, w jaki sposób widzę świat, zawdzięczam moim rodzicom, a w taki dzień jak dziś [rozmawiamy w Dzień Matki – przyp. red.], zdaje sobie sprawę z tego jeszcze bardziej.

Jaka była twoja droga do muzyki, zanim zostałaś wokalistką The Fuse?

Niezbyt wyboista. Nie chcę zapeszyć, ale zdaje mi się, że mam w życiu fart! Zawsze byłam bardzo głośnym dzieckiem. Mój młodszy brat ma z tego powodu traumę do dziś [śmiech]. Przez około 15 lat mieliśmy sąsiadujące ze sobą pokoje i on był zwyczajnie skazany na moje występy. A ja nie miałam litości [śmiech]! Tak bardziej serio, w piątej klasie pojechałam na festiwal piosenki harcerskiej,  gdzie zauważyła mnie Monika Dzienisieńko – nauczyciel śpiewu i muzyki w miejscowym domu kultury. Po tym, jak zaproponowała mi uczestnictwo w zajęciach, przez niezwykłych sześć lat uczyłam się rozumieć swój głos, możliwości, a także muzykę samą w sobie. Tworzyłyśmy wtedy, w kilka dziewcząt, mały zespół wokalny i występowałyśmy na festiwalach, lokalnych wydarzeniach.

Uważam, że mam ogromne szczęście do ludzi, którzy wierzą we mnie bardziej niż ja sama. Mój wychowawca, pan Łukasz Sawka, jeden z najcudniejszych ludzi, których poznałam, właśnie tak we mnie wierzył, że wysyłał mnie na różne przeglądy i festiwale, aż w końcu we współpracy z panią Magdaleną Sachą, nauczycielką francuskiego, wysłali mnie na Ogólnopolski Festiwal Piosenki Francuskiej. No i wygrałam. Do dziś wspominam ten dzień jako jeden z najwspanialszych w moim życiu! Drugim w kolejności jest pierwszy koncert The Fuse w Alchemii [klub muzyczny na krakowskim Kazimierzu – przyp. red.].

Po maturze wyjechałam do Krakowa i chciałam nauczyć się sama wierzyć w swoje możliwości, choć – pewnie jak wielu młodym ludziom – dość nieporadnie mi to szło. Szukałam ogłoszeń w internecie, chodziłam na przesłuchania i w końcu – bang! Jeden klik był szczęśliwy i nastąpiło coś, co określa się energią od pierwszego wejrzenia. Tak trafiłam do The Fuse. I zostałam [śmiech].

Jak powstała nazwa waszej grupy?

To nie jest żadna piękna historia, podczas nagrywania pierwszej epki [ang. extended play, EP; pot. epka, czyli minialbum – przyp. red.], już w studiu, wiedzieliśmy, że musimy się jakoś nazwać, że najlepiej, żeby to było po angielsku, krótko i chwytliwie. No i mieliśmy słownik, a ja lubię słowa na „f”, więc szukaliśmy… po omacku. Tak, ja wiem, że to brzmi mało atrakcyjnie, nie zawiera żadnej wzniosłej historii, ale czasem w życiu tak po prostu jest. Na nasze usprawiedliwienie powiem, że graliśmy wtedy troszkę mocniejszą muzykę, bardziej funkową i ta nazwa z tą działalnością nam korespondowała. Fuse to też łączyć i spajać i w takiej formie przy naszym aktualnym repertuarze sprawdza się znakomicie.

Tworzycie bardzo różnorodną, a jednocześnie – jak określili ją niejednokrotnie krytycy muzyczni – bardzo spójną muzykę. Do tego między członkami zespołu jest spory rozstrzał wiekowy, ponaddziesięcioletni. Jak z takiej różnorodności można tworzyć harmonijny klimat na scenie?

Myślę, że to efekt tego, że my się po prostu bardzo lubimy. Mamy do siebie mnóstwo cierpliwości i darzymy się szacunkiem, jesteśmy otwarci, a to chyba klucz do porozumienia. Staramy się słuchać siebie nawzajem i dawać sobie dużo przestrzeni. Poza tym, wiadomo jak jest z chłopakami… Oni zawsze mają mniej lat niż w dowodzie, ale nie wiem, czy powinnam była to mówić [śmiech].

Czym jest dla ciebie w muzyce i życiu wszechstronność, wielowątkowość?

Chyba nie będę szczególnie oryginalna, bo impulsem do działania są zawsze dla mnie emocje i ludzie, którzy je wzbudzają. Nie chodzi tylko o romantyczne historie, ale o to, jak inni ludzie patrzą na świat. Myślę, że każdy to czasem czuje, jest taka szczególna chwila w trakcie rozmowy. Oczywiście nie każdej. Tylko w tych naprawdę szczerych zdarza się, że człowiek czuje, że rozumie swojego rozmówcę. A nawet nie tylko rozumie, ale ma uczucie, jakby patrzył na świat jego oczyma. To trwa zazwyczaj zaledwie kilka sekund, ale sprawia, że moje myśli biegną innymi torami. To tak, jakby zobaczyć coś po raz pierwszy w życiu. Wszystko staje się wtedy bogatsze.

Jako dziecko dużo malowałam, bazgroliłam właściwie. Uwielbiałam zabawy kredkami, a najbardziej ceniłam niebieską. Tyle tylko, że czułam, że innym kredkom jest wtedy… przykro. Wiem, że to może brzmieć co najmniej niepokojąco, kiedy dorosła dziewczyna opowiada o kredkach, ale wierzę, że każdy człowiek jest wyjątkowy, ciekawy i zasługuje na uwagę.

Pochodzę z maleńkiej wsi otoczonej zewsząd lasami. Prowadzi do niej tylko jedna droga, wokół cztery kilometry lasu. Tak intensywny kontakt z naturą sprawił, że zawsze stanowiła ona bardzo ważną składową mojego spojrzenia na świat, ludzi, a w końcu i na muzykę. Natura ukształtowała moją wrażliwość na piękno.

Jak ty i wasz główny kompozytor, Marcin Młynarczyk, dajecie radę pracować nad utworami, skoro dzieli was na co dzień kilkaset kilometrów? I jak osiągacie jako zespół taką harmonię na scenie?

Już od pierwszej próby czułam z Marcinem jakąś łączność i podobne zamiłowanie do… melancholii [śmiech]. Bardziej serio, korzystamy dużo z dobrodziejstwa, którym jest internet. Wszyscy tak pracujemy, nie tylko Marcin i ja – jeśli ktoś ma jakiś pomysł, rejestruje go i wrzuca w odpowiedni folder na dysku. Pozostali słuchają, myślą, a przede wszystkim starają się ten materiał poczuć. Ja często rejestruję propozycje wokalu, na tym, co wcześniej wrzucili chłopcy.

Ponieważ nie gram na żadnym instrumencie ani nie korzystam z zapisu nutowego, brak mi podstawowych narzędzi komunikacyjnych w zakresie tworzenia muzyki. Jednak nigdy nie przysporzyło nam to większych trudności. Kiedy mamy już jakąś wersję poglądową, wszyscy ją komentujemy, naradzamy się. Potem spotykamy się na próbach i szlifujemy dzieło. W ten sposób szukamy wspólnej drogi. Ostateczny efekt jest zarówno po trosze każdym z nas, jak i wspólną całością. A przynajmniej staramy się, żeby tak właśnie było [śmiech].

Koledzy z zespołu określają cię jako osobę ogromnie wrażliwą, ciepłą, a jednocześnie dość skrytą. Czy twoje teksty są formą komunikacji ze światem? Na ile są one spójne z twoją własną wrażliwością?

Nie, na pewno nie są formą komunikacji ze światem, raczej komunikacji z samą sobą, może nawet jakimś rodzajem autoterapii, formą rozwoju osobistego. Byłam jeszcze w gimnazjum, kiedy zaczęłam zapisywać swoje przemyślenia w formie mniej lub bardziej udanych wierszy. To zostało mi do dziś, zwłaszcza przed snem. Kiedy nie mogę zasnąć, słowa zaczynają mi się układać w całe wersy. Najczęściej na tym etapie sama jeszcze nie wiem, co z tego wyjdzie, ale wygląda to tak, że dopóki nie „wypluję” na papier  – w moim przypadku telefon, bo łatwo na nim zapisać coś w ciemnościach i zawsze jest ze mną – tych myśli, nie ma mowy o zaśnięciu.

Czy tak właśnie powstają teksty do waszych utworów?

Tak. Kiedyś, na początku istnienia The Fuse, umiałam się tak otworzyć tylko w domu. W swoim własnym pokoju, do tego – na ulubionym parapecie [śmiech]. To było jedyne miejsce, w którym czułam się na tyle bezpieczna i pewna siebie, aby móc tworzyć. Potem zaczęłam Kraków postrzegać jako mój drugi dom. No i piszę tutaj, choć na razie nadal głównie w nocy. Zdarza się, że robię to też w pociągach i autobusach. To chyba ten zmieniający się krajobraz i taka obietnica zmian tak na mnie działają. Tak też widzę same podróże.

Co oznacza dla ciebie słowo pasja?

[Zamyślenie] Mówi się, że pasja to coś, bez czego nie da się żyć. Może to mało romantyczne i nie powinnam tak mówić, ale ja bez muzyki umiałabym żyć, bo człowiek umie się przyzwyczaić do wszystkiego, byle mógł przetrwać. Na pewno jednak byłabym bardzo nieszczęśliwa. Hmm… Kiedy myślę o muzyce, to widzę próby, na które czekam całe dnie, przypominam sobie, jak szybko ucieka wtedy czas, ale i jaka czuję się dzięki nim bezpieczna i ważna. I w zasadzie nic wtedy innego nie istnieje i jeśli tak można określić pasję, to jest nią dla mnie na pewno muzyka.

Były w twoim życiu momenty, kiedy dla realizowania swoich pasji coś zaryzykowałaś?

Dotychczas nie miałam – na szczęście! – większych kłopotów przez śpiewanie. No może poza jedną sytuacją, kiedy zawaliłam na studiach egzamin, bo mieliśmy wyjazdówkę [śmiech]. Ale zdałam go w drugim terminie!

Gdyby nie to, że miałam przyjemność usłyszeć was w jednym z krakowskich klubów, istnieje ryzyko, że do dziś nie wiedziałabym o tym, jak ciekawą i dobrą muzykę tworzycie. Czy w dobie takiej konkurencji i wielości komunikatów w internecie droga, aby nie mieć parcia na szkło, ma sens…?

Ja sama nie wiem… [zamyślenie]. To są takie trudne rzeczy… Na pewno wiąże się to z tym, jakim jest się człowiekiem i czego się potrzebuje. Chcę dla siebie i The Fuse jak najlepiej – wiadomo. Jednak jestem tak skonstruowana – nie wiem czy to wrażliwość, czy egoizm – że będę coś robić dopóty, dopóki to czuję. Tak jest z graniem. Konkurencja jest duża, trzeba czasem iść na kompromis, ale nie ma sensu robić czegoś, co nie jest nam bliskie. To się zwyczajnie wyklucza. Dlatego sądzę, że żebyśmy mogli osiągać sukcesy, musimy działać przede wszystkim w zgodzie ze sobą.

The Fuse zakwalifikowało się do drugiego etapu Festiwalu Supportów na Hej Fest w Zakopanem. Co to dla was oznacza?

To wielka przyjemność i wyróżnienie! Strasznie się cieszymy, że już teraz wybrano nas mimo tak ogromnej liczby zgłoszeń i że możemy współzawodniczyć ze świetnymi zespołami. No tak, nagroda jest bardzo kusząca, występ u boku znanych i uznanych artystów, nie mogę powiedzieć, że o tym nie myślimy [uśmiech]. Ten konkurs to na pewno szansa na dotarcie do nowych słuchaczy i pojawienie się w tych, tak strasznie ważnych dzisiaj, mediach. To też okazja do poznania inspirujących ludzi, ale przede wszystkim to perspektywa na rozwój dla nas jako muzyków, ale też i związanych ze sobą ludzi.

Trzymam zatem kciuki za wasze sukcesy i dziękuję za rozmowę.

 

Fot. archiwum prywatne

 


Agnieszka Sieńkowska – rocznik 1991, urodziła się i wychowała we wsi Jeszkotle w województwie opolskim. Absolwentka kierunku zarządzanie kulturą UJ. Od 2012 roku wokalistka i autorka tekstów w krakowskim zespole The Fuse. Zapytana o muzykę, której sama słucha, wymienia dziesiątki grup i wokalistów reprezentujących bardzo różne style, tłumacząc, że wszystko zależy od okoliczności i nastroju. Wśród jej ulubieńców są: Ania Dąbrowska, Jessie Ware, Agnes Obel, Jamie Lidell, Erykah Badu, Lianne La Havas, Gnarls Barkley, Honne, Emeli Sande, Blue Foundation.

Sama o sobie mówi, że gdyby nie śpiewała, mogłaby być testerem czekolad – rozpoznaje marki po… smaku.

youtube.com/watch?v=VpXc2I08G84

The Fuse to zespół prezentujący wyjątkową harmonię kontrastów: doświadczenie i młodzieńczy zapał, chillout i pulsującą energię, i wreszcie – oldschool i intrygującą elektronikę. Dzięki wpadającym w ucho melodiom, a także osobistym tekstom, utożsamianie z twórczością zespołu jest niezwykle proste, odbywa się wręcz naturalnie. Muzycy zespołu współpracują z takimi zespołami i artystami, jak min..: Gienek Loska Band, Harmonijkowy Atak, Marcin Świetlicki, Michał Zabłocki. Zespół stawia głównie na własne kompozycje, ale w repertuarze posiada także covery twórców takich, jak: Aloe Blacc, Jarle Bernhoft czy The Bamboos. To właśnie własne utwory zespół zaprezentował w tym roku podczas występu w programie Must be the music. Pozytywna opinia jury tylko utwierdziła grupę, że droga, którą wybrała, jest słuszna. Poza tym The Fuse brali udział w wielu festiwalach i konkursach, m.in.: Synestezje –  Muzyka Plastyka Słowo, Tak Brzmi Miasto, Megafon (konkurs organizowany przez Radio Kraków), Life On Stage (konkurs na support podczas Life Festival Oświęcim).

fuse.band.music

youtube.com/channel/UCjtFsw0s46bvi58UbWjM52A

 


Artykuł pochodzi z magazynu na tablety i smartfony „SWAY” (Wydawnictwo Hammara). Aby przeczytać więcej inspirujących artykułów, pobierz bezpłatnie „SWAY” z GooglePlay lub AppStore. Więcej informacji na fan page magazynu:

magazynSWAY

 

Kategoria: W dialogu

Porozmawiajmy

Ciekawe

Dostrzeżone

odkryj cisze usta gdy dziecko jest gejem przestan przepraszac slowackie kapielisko termalne lawendowy6 wystawaintymnosc4

Inspiracje