Głowa do góry!

W zgodzie ze sobą

Założycielka Synchronia Art, trenerka, artystka i była korporatka. Z Hanną Sobkowską, o pójściu własną drogą i rozwijaniu pasji, rozmawia Izabela Ziemińska.

Haniu, udaje ci się łączyć pracę z pasją. Zawsze umiałaś to robić?

W pewnym sensie tak. Właściwie w każdej pracy szukałam czegoś co mnie zainspiruje. Nigdy nie zatrudniałam się tylko dla pieniędzy. Trudno mi nazwać moją pracę w korporacji pasją, ale zawsze szukałam i potrafiłam znaleźć w niej takie elementy, które sprawiały, że „rosły mi skrzydła”. Przede wszystkim starałam się wychodzić poza schematy i wykorzystywać  kreatywną część samej siebie. Już w mojej pierwszej pracy, zaraz po studiach, w banku – zamiast w ramach eventu zorganizować kolejny koncert smyczkowy, zorganizowałam szalony pokaz mody.   Po prostu chciałam czerpać radość z tego, co robię. Muszę przyznać, że nie zastanawiałam się wtedy nad celowością moich działań. Działałam trochę stereotypowo: studia, praca na etacie, małżeństwo itp. Moją pasją było wówczas śpiewanie i realizowałam ją w wolnym czasie, jedynie jako hobby.

Kiedy uświadomiłaś sobie, co naprawdę chcesz robić? Czy było to nagłe olśnienie, czy stopniowe odkrywanie siebie?

Na pewno był to stopniowy proces. To nie było tak, że sobie uświadomiłam co chcę robić, ale raczej jak nie chcę żyć i na jakie kompromisy nie pójdę. W pewnym momencie presja i tempo życia w korporacji stały się tak duże, że już zabrakło w tych realiach miejsca na mnie samą. Poczułam się osaczona, że nie mam wyboru, bo i tak o wszystkim zdecyduje jakiś szef. Wtedy przyszło olśnienie: a co by było gdybym to ja nim była i założyła własną firmę? Mogłabym żyć i pracować w takim rytmie, jaki mi odpowiada. Zobaczyłam też dodatkowy bonus: będę mogła robić to, co daje mi poczucie sensu w pełni, już nie fragmentarycznie.

Co było najtrudniejsze by wytrwać w tym postanowieniu i zrealizować marzenia?

Stopniowo dojrzewałam do ostatecznej decyzji. Myślę, że trwało to około roku. Najbardziej bałam się technicznej strony całego przedsięwzięcia. Czy ogarnę to wszystko, czy dam radę?! Kolejnym punktem były wątpliwości czy mogę być trenerem i artystą jednocześnie. Był moment, kiedy pomyślałam, że te dwa obszary wzajemnie się wykluczają. Przecież trener to osoba godna zaufania, stateczna i konkretna, a artysta to niebieski ptak. Okazało się, że niepotrzebnie próbowałam to wszystko rozdzielać. Zmieniło się moje spojrzenie na tę kwestię, kiedy odkryłam własną drogę w trenerstwie: poczułam, że chcę pomóc innym w konfrontacji z ich „wewnętrznym twórcą”. Sama przeszłam ten proces, doświadczyłam zmiany w moim życiu i tym chcę się dzielić z innymi. Świadomy kontakt z moim wewnętrznym twórcą – czyli kreatywną częścią mnie samej, uświadomił mi tak naprawdę w czym tkwi siła tego co robię i skuteczność narzędzi, które stosuję.

Nie bałaś się, że z tego nie da się wyżyć?

Tak, na pewno. Długofalowo wiedziałam gdzieś w środku, że się uda, ale w słabszych momentach brzęczało: „kiedy wreszcie zaczniesz zarabiać?”. Tym bardziej, że stanęłam przed wyborem: wolność, praca z klientem indywidualnym i stopniowe wzrastanie, czy może szybki zysk, kompromis i współpraca z szeroko rozumianym biznesem – korporacjami. Wybrałam indywidualną drogę i wolność wyrażania siebie. Nie było łatwo zaczynać w mieście, gdzie słowa „rozwój osobisty” nie padają i mało kto zna ich znaczenie... Ale było warto! Niewątpliwie mogłam sobie pozwolić na dokonanie takiego wyboru, ponieważ moja sytuacja finansowa była stabilna i nie czułam presji, że muszę już koniecznie teraz zacząć zarabiać, bo nie starczy na życie.

Chwile zwątpienia – na pewno były, prawda? Skąd brałaś wtedy siłę, co dawało Ci oparcie?

Przede wszystkim otworzyłam się na mówienie o tym, co jest we mnie, o swoich niepokojach i oczekiwaniach. Wcześniej nie chciałam innych obciążać swoją osobą, problemami. Borykałam się z tym sama i wtedy narastały we mnie oczekiwania: „jak to? on/ona jest moim przyjacielem, a nie zaoferuje pomocy!?”. Wymagałam od innych empatii, jednocześnie nie dając sobie prawa do powiedzenia wprost, że takowej potrzebuję. Bycie Zosią samosią  tak naprawdę izolowało mnie od ludzi i na dłuższą metę wnosiło poczucie pustki.  W chwilach zwątpienia pomogli mi swoją obecnością bliscy i przyjaciele oraz... NVC (Non Violent Communication, czyli porozumienie bez przemocy – przyp. red.). Nauczyłam się zwracać o pomoc, poznałam prawdziwą moc próśb autentycznych, szczerych – bez oczekiwań. To coś, czego wcześniej nie znałam. Okazało się, że to, co postrzegałam jako obciążenie dla innych osób, jest dla nich wymianą, z której także czerpią radość, akceptację i poczucie sensu. Kolejny istotny element w trudnych chwilach to bycie w kontakcie z własnym ciałem, z tym wszystkim o czym ono nas informuje poprzez choroby, ból, napięcie czy też rozluźnienie. Pomocne w tym okazały się techniki oddechowe i wizualizacyjne oraz medytacja.

Czy nie było Ci łatwiej znaleźć pomysł na siebie, ponieważ jesteś artystką?

Uważam, że każdy z nas rodzi się z potencjałem artysty, tylko często z biegiem lat  zapominamy o tym, tłumimy go w sobie. Wszyscy mamy w sobie część twórczą i możemy ją w różny sposób wykorzystać np. do zarabiania, nawiązywania kontaktu z innymi, gotowania czy tworzenia pięknych przedmiotów. Mamy wybór. Każdy jest artystą, ale czy będziemy rozwijać ten nasz dar – zależy tylko od nas. Nawet jeżeli nie wierzymy, że mamy w sobie twórcę, to czasem jedno spotkanie, wydarzenie może zmienić całkowicie postrzeganie siebie. Często obserwuję to podczas warsztatów: ludzie się otwierają, rozkwitają wręcz i – dodatkowo – zaczynają na tym zarabiać pieniądze.

Jak można nawiązać kontakt z twórczą częścią samego siebie?

Sposobów jest wiele. Najprostszy to zacząć robić coś własnymi rękami, odcinając się od wszelkich ocen i interpretacji – swoich i innych. Chodzi o to, żeby znaleźć radość w samym procesie. Można zacząć od namalowania obrazu, chociaż wcześniej nie trzymało się pędzla w ręku, można upiec ciasto, które dotychczas się tylko kupowało. Ważne żeby odnaleźć w sobie dziecko, poczuć się jakby się miało znowu tych kilka lat. Czasem pomaga powrót do tego, co sprawiało nam przyjemność w dzieciństwie, choćby wejście na drzewo, czy zbudowanie zamku z piasku. Wewnętrzne dziecko to część naszego twórcy.

Czego byś sobie życzyła, będąc dokładnie w tym miejscu, w którym jesteś?

Chcę dalej iść własną drogą z otwartością na to, co przychodzi. Niech się dzieje!

Tego Ci zatem życzymy i my. Dziękuję za rozmowę.

www.synchronia.pl
www.Greendragonfly.pl

Kategoria: Głowa do góry!

Dostrzeżone

dostrzezone_sway

Magazyn na tablety i smartfony

Inspiracje